Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zdobytym zdawały się chodzić cielska mgliste, białawe zgniłych wyziewów. Drogi były zalane wodą, która z pod kół z wrzeszczącym sykiem rozlatywała się na wsze strony. Gdy wyjechali z zaułków, Korzecki wstał ze swego miejsca i, trzymając się rękoma sztaby przedniego siedzenia, coś furmanowi tłómaczył. Siadając, rzekł do Judyma:
— Może zechcecie przejechać się? Czas pyszny! Wilgoć...
Po chwili dodał:.
— Możemy jechać do krawca, któremu oddam zaraz ten materyał na ubranie. Poco to mam trzymać w domu? Nieprawdaż? Miejsce tylko zawala i nic więcej...
— Jak uważacie. Co do mnie, to przejechałbym się z ochotą.
— To wal, bracie, a ostro, ostro... Dostaniesz tylego rubla, jak przednie koło.
Konie, ściągnięte batem, skoczyły z miejsca i poszły. Jechali dosyć długo, w milczeniu.
W pewnem miejscu ukazały się lampy elektryczne, otoczone grubemi mgłami. Światło zanurzone tworzyło dokoła siebie kręgi smutne, niby obwódki, które są cieniami oczu ludzi chorych. Między drogą a tem światłem leżały jakieś martwe wody. Sinawe lśnienie pełzało po ciemnych falach płaskiego zawaliska. Szło z biegiem powozu, biegło z nim, jakby pewna wskazówka ostra, z ciemności nocnej wychodząca.
— Gdzie my jesteśmy?
— Nad kopalnią.
— A skąd tu ta woda?