Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Cóż tu sądzić?
— Trzeba mu dać kieliszek wódki. Trzeba co prędzej... Człowiek się rozchoruje!
Poszedł prędko i, zdybawszy przy drzwiach stołowego pokoju lokaja, mówił:
— Mój bracie, weź też z łaski swej i wynieś człowiekowi, co tam stoi, kieliszek wódki. Daj mu, wiesz, zresztą dwa kieliszki, a nawet trzy.
— Niech wypije trzy kieliszki... — dorzucił Judym.
— Wiecie co, doktorze, bądźcie tak dobrzy i sami mu zanieście. Zobaczylibyście, czy w samej rzeczy tak przeziąbł...
— Z chęcią...
Judym wziął z rąk lokaja ozdobną flaszkę z wódką, kieliszek, świecę i zeszedł po schodach.
Przemytnik stał w ciemności.
Zdawał się drzemać...
Judym postawił świecę na ziemi i nalał płynu w kryształową lampkę.
Wtedy drab podniósł głowę i otworzył oczy.
Były to duże, jasno-niebieskie oczy...
Ręka Judyma, w której trzymał kubek, zdrętwiała, jakby od gwałtownego zimna.
Przemytnik wypił chciwie jeden kieliszek, drugi, trzeci. Potem, nie kiwnąwszy głową, otworzył drzwi i znikł w czarnej czeluści nocy, którą zalewała nawałnica.
We dwie godziny później Judym wracał z Korzeckim do domu powozem. Deszcz ustał. Była ciemna noc, pełna oparu i wstrętnego chłodu. W mroku nie-