Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


fakt świeży. Przy wielkich piecach istnieją szale do wciągania rudy. Pod najsurowszą karą nie wolno człowiekowi siadać w szali, ani dla wjazdu, ani celem szybkiego spuszczenia się z góry. Czy pan uwierzy, jaka jest statystyka wjeżdżań i zjeżdżań windą? To jest także statystyka, którą powinienbyś notować sobie w którejkolwiek półkuli mózgu...
— Niema gwałtownej potrzeby.
— Aha.
— Z wszelką pewnością.
— Albo drugie. Między dwoma piecami jest pewne zagłębienie, obok którego przechodzi szala. Nikomu do głowyby nie przyszło, że tam wleźć można. Cóż panowie powiecie? Usiadł sobie w tej dziurze na połowie wysokości i gwizdał, gapiąc się na dół. Szale idą cicho. Huknęło w czerep i na miejscu. Za to odpowiada fabryka! Tam daszka nie było, uważa pan, daszka nie było!
— Pochlebiam sobie, że w tem miejscu jest teraz daszek... — rzekł młody Kalinowicz, nabierając z półmiska ogromną porcyę rostbefu.
— Taki człowiek przy piecach martenowskich, przy walcach, przy drucie zarabia dziennie parę rubli. I jakże to żyje, co robi z tymi pieniędzmi?
— Ciekawa rzecz...
— Hula, żyje nad stan i wpada w długi. Zobaczno pan w niedzielę takiego ryfusia: krawacik modny, chusteczka... Wchodzi do sklepu i rozkazuje: — dajno pan kołnierzyki, tylko przecie z lepszych, z modnych. Mydła pachnące sprowadzają sobie specyalnie. Teraz właśnie w modzie są mydełka pachnące.