Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Żadnych.
— Ach, tak.
— Niech pan doktór nie bierze czasem do serca wszystkiego, co mój syn mówi o Zagłębiu — wmieszał się dyrektor. — Jest to niechęć specyalna. Proszę pana...
— Tak, jest to niechęć, a właściwie antypatya specyalna! — cedził młodzieniec.
— Ci ludzie zamordowują tych poczciwych eskulapów. Jest lekarz za darmochę, więc do niego, kto żyw. Chory nie chory, z przywidzeniami, z imaginacyą... Tu u mnie, w lecznicy nasz doktorek ma na swej godzinie po sześćdziesięciu chorych. Niechże kto powie, czy może być tyle ludzi istotnie chorych w małej osadzie...
— Faktem jest, — rzekł młody, — że w całym kraju korzysta z porady lekarskiej na koszt właścicieli 41%, a wcale jej nie doznaje 59.
— Skądże znowu takie cyfry?
— Z 856 przedsiębiorstw zbadanych, w 818 nie było żadnej pomocy lekarskiej, w 10 ta pomoc istniała faktycznie, w 24-ch była znośna, a tylko w 4-ech należyta.
Judym przymrużył powieki i zaśmiał się w głębi swego serca. Jak mara mknęło przed nim wspomnienie walk warszawskich.
— Egzageracya nietylko we wnioskach, ale nawet w cyfrach, — mówił stary z flegmą wytrawnego polemisty. — Rozumiem do gruntu konieczność pomocy lekarskiej, jestem jej zwolennikiem... fanatycznym, że się tak wyrażę, hygieny... et cetera. Ale oto