Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


do towarzystwa, gdzie zgromadziły się subtelnie wychowane kobiety i żebyśmy tam zaczęli prowadzić jakąś karczemną rozmowę, albo dajmy na to, pozrzucali ubranie. Dyalektycznie można dowieść, że jest możliwe takie nasze zachowanie się, ale sam postępek, de facto — nie jest możliwy. A przecie niema żadnego pisanego prawa, któreby zabraniało tej swobody. To cząsteczka właśnie tego uczucia solidarności, które wszystko przeniknie, dyktuje nam tok rozumnej, miłej i dla wszystkich przyjemnej rozmowy. Złe niewątpliwie jest tylko jedno: krzywda bliźniego. Człowiek — jest to rzecz święta, której krzywdzić nikomu nie wolno. Wyjąwszy krzywdy bliźniego, wolno każdemu czynić, co chce.
— Idylla, proszę pana, idylla, czyli Arkadya. Krzywda bliźniego... Dobre sobie! A cóż to jest krzywda? Gdzież jej granica?
— Granica krzywdy leży w sumieniu, w sercu ludzkiem.
— No, proszę pana, czyż to nie są żarty?
— Nie. To jest myśl najbardziej twórcza ze wszystkich. Na niej świat stoi. Niechno pan pomyśli, coby z nim było, gdyby wymazać te słowa: »Po tem poznają, żeście uczniami moimi, jeśli się wzajem miłować będziecie«. Miłość między ludzi należy siać, jak złote zboże, a kąkol nienawiści trzeba wyrywać i deptać nogami. Czcij człowieka... — oto nauka.
— Szybkość postępu ludzkiego zależy od rozwalenia czynników, które wpoprzek jego łożyska się kładą.
Dyrektor nachylił się do Judyma i półgłosem szepnął: