Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Dlaczego?
— Niech sobie pan przypomni tego doktora, co to zdjął pierwszy kajdany z nóg i rąk obłąkanych. Bo nie wiem, czy panu wiadomo, że niegdyś »kryteryum« nakazywało trzymać chorego w kajdanach. Później nakładano im kaftan i zamykano w celi. Obecnie wynaleziono zasadę no restrain. Ja mam nadzieję, że kiedyś pobyt w szpitalu obłąkanych będzie prawie wolnością, że tam nieszczęsna, chora głowa będzie snuła swe marzenia bez przeszkody.
— No, ja nie znam się na tych subtelnościach. Ale weźmy inny przykład: wychowanie dzieci. Najmilsze zadowolenie, gdy byłem w szkole, dawały mi »wagary«, rozkosz prawie jakieś szczytne oszukanie belfra, jakieś »nabieranie«, »ściąganie...«
— Tak, tak... Wychowanie. Jeszcze niedawno Wincenty Pol wzdychał, a jego czytelnicy również, nad metodą kształcenia dorosłych Benedyktów Winnickich zapomocą batoga, zapomocą wysypywania im »pro memoria« na kobiercu. Pan już nie zgodziłby się na system pana Wincentowy?
— On nie, ale ja... kto wie... — westchnął dyrektor.
Młody człowiek spojrzał na ojca z uśmiechem i szczególnem przymrużeniem powiek.
— Panby się już nie zgodził. Jesteśmy stamtąd o tysiąc mil w kierunku... jasnej łąki. To samo z tem wychowaniem maleńkich ludzi. Jesteśmy o tysiące mil od chederów, które lokują się, być może, gdzieś w sąsiednim domu. Ta sprawa wychowania dzieci pędzi, jak pociąg. Widziałem dobrze szkoły szwajcarskie..