Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Szczęście jednostki musi być podporządkowane dobru ogółu.
— To jest właśnie mowa przemocy nad duszą człowieka... — mówił Korzecki, porozumiewając się oczyma z dyrektorem.
Szatański uśmiech, jak błysk iskierki elektrycznej latał w jego oczach i na wargach. Ileż to ludzi święta inkwizycya spaliła na stosie dla tej zasady, dla tego kryteryum.
— Święta inkwizycya! — pienił się młody. — Co pan za rzeczy wywłóczy u licha! Ale co to jest szczęście jednostki? Niechno mi pan na to odpowie! Ja tego nie rozumiem.
— Istotnie, jest to coś tak od nas dalekiego, że pan tego nawet wcale nie rozumie. Coś, czego wcale nie znamy... O czem mówił Leopardi, że »jego lubej mary już nie nadzieja znikła, lecz pragnienie...« To jest jasna łąka, kwiatami zasłana, gdzie dusza ludzka może stawiać krok swój, swobodny... Możność uczynku, mówienia, myślenia, a przynajmniej czucia, przynajmniej wzdychania według swej woli. Szukanie zadowolenia...
— Rozumiem: hedoné.
— Masz pociechę, znowu jakieś hedone!
— Rozumie się. Ale tylko jedna uwaga. Chory umysłowo z manią prześladowczą, albo jeszcze lepiej — samobójczą, szuka zadowolenia w dążeniu, naprzykład do wydłubania sobie oka. Czy mamy prawo zezwolić, żeby znalazł to zadowolenie?
— Człowiek chory umysłowo podlega fatalnej sile, która, rzecz prosta, do góry nogami wywraca jego myśli i uczucia, która... Ale, panie, jaki to zły przykład!