Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


gich wysiłkach znalazł się w Wersalu, w pokoikach Maryi Antoniny i usłyszał ten wyraz z ust Joasi. Jak dobrze, jak zupełnie to słowo malowało istotę rzeczy!
— Gdybyście zechcieli, to może udałoby się zająć miejsce lekarza przy kopalni »Sykstus«, — mówił inżynier.
— Nie teraz, nie teraz! Muszę przez kika dni wypoczywać.
— Ja też mówię o przyszłości. Rozmawiałem z jednym wpływowym człowiekiem. Dobraby to rzecz była, gdybyście tu osiedli. Nudno tu i smutno, to prawda...
Zamilkł i przez chwilę siedział ze zwieszoną głową. Później śpiewnym szeptem mówił do siebie: — Asperges me hyssopo et mundabor; lavabis me et super nivem dealbabor. Zwrócił się do Judyma i, trochę zawstydzony, z bladym rumieńcem na twarzy tłómaczył się:
— Czasami przychodzi skądś taki obraz nieoczekiwany. Uczucie jakby z pod ziemi... Właśnie w tej chwili myślałem sobie o naszym kościele. Pewien stary kościół w górach... Otyły ksiądz wychodził w białej albie, z nim dwu ludzi: organista i kościelny. Ten zapach ziół, zboża, leszczyny z młodymi orzechami, bo to 15-go Sierpnia! Ksiądz intonował: Asperges me... i odchodził na kościół, między ludzi, tym jakby wygonem, który tworzy się pośrodku chłopów. Kropił na prawo i na lewo, wolno wznosząc rękę. Tymczasem organista sam śpiewał. Głos jego był czysty, męski, spokojny. Ogolona twarz wyrażała skupienie, prawie surowość. Gdy śpiewał te słodkie wyrazy: — super