Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


czek i ramię oświetlone były jakimś blaskiem rozkosznym, niby srebrem marzycielskiem księżyca. W rysach jej twarzy zamknięty był szatański czar, może miłość twórcy tego malowidła. Judym lubił patrzeć w »swój« portret. Piękne bóstwo, wystawione na tem płótnie, było dlań jakby siłą, która pociąga w przeszłość, w lata zamierzchłe, Ono sprawiało, że w subtelnej wizyi przypatrywał się tym, co te pokoje zamieszkiwali, co tam cieszyli się i cierpieli, byli dumnymi panami, a później dokądś odeszli, jak obłoki, przesuwające się w górze...
Teraz, gdy światło lampy upadło na portret, na te miłe, wykwintne, przyjemne sale, na sprzęty wygodne — Judym zadrżał. Rozumiał, że nie ma siły, aby to wszystko opuścić. Każdy mebel zdawał się wychodzić z mroku i coś wspominać. Każdy z nich był, jak najwierniejszy przyjaciel, który w siebie przyjął jakiś szczegół, jakąś cząsteczkę sekretu miłości dla panny Joasi, a teraz wszystko wyznawał. Tu, w tym apartamenciku wszystko było nią samą. Ani razu w nim nie była, ale radosne marzenia i myśli pełne rozkoszy ukryły ją tutaj, niby tajemniczą mieszkankę, której nigdy niczyje oczy nie zobaczą. Wiedział o niej stary portret i uśmiech jego grozić się zdawał, że lada chwila rozpowie wszystkim cudowną plotkę.
Ileż niewysłowionego uroku chowało jego milczenie!
Mały stoliczek w rogu, zarzucony książkami... Na jego widok Judym łkał i szlochał wewnętrznie. Wówczas, gdy wbiegł do tego pokoju z radosną tajemnicą, którą w sobie odkrył, ujrzawszy Joasię na skraju leś-