Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


bów i brzóz barwami tak żywemi, że oko chwytało dokładne kształty liści bardzo dalekich. Za parowem z którego wyszli, w nieskończonem oddaleniu, u kresu pól, mieniących się od zboża, słońce zachodziło. Poziome jego promienie leżały na jasnych drogach, na szybach wód zwykle skrytych, na bezbarwnych powierzchniach domostw wieśniaczych. Figury idących, Judyma i panny Joasi, rzucały dwa cienie, jak gdyby dwa niezmierne widma ich bytów, które przed nimi idą, łączą się, zbliżają i odsuwają od siebie. Purpurowo-złocisty blask przedmiotów trwał krótko. Tarcza słoneczna wlała się w ziemię i utonęła. Wówczas daleki gaj liściasty przygasł. Zaczął oddalać się, oddalać, odchodzić...
Judym wpatrywał się w tę okolicę i doznał niewytłomaczonego uczucia. Był już tam nieraz, to prawda, ale zdało mu się, że już podobne uczucie przeżył w tem samem miejscu.
Już niegdyś, niegdyś...
To jest miejsce, do którego szedł przez całe swoje długie, tułacze życie.
— Dlaczegóż to tak? — marzył, wpatrując się w tę dziwną polanę. — Dlaczegóż to tak?
I oto przez chwilę przez mgnienie źrenicy gościło w jego wiedzeniu coś niby odpowiedź, tak jakby dźwięk słowa, które wiatr przyniósł z oddali, ale natychmiast z ucha wyrwał i rozwiał.
Część tego pola, jakby wzgardzonego przez ludzi była zasiana. Obok ciągnęła się niwa zorana i zawleczona, co było widokiem niezwykłym o tej porze roku. Ta ziemia była jeszcze ciepła, pulchna i miękka. Nie