Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/029

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


biła patrzeć na życie szersze i to okiem przenikliwem, co zresztą prowadziło nieraz do zbyt kategorycznego, (między pieczenią a deserem), rozstrzygania zawiłych kwestyi. Życie jej obfitowało w szczegóły, które mogłyby zapełnić romans, a właściwie opis podróży. Młodość, pierwsze jej lata poślubne upłynęły za światem, w wertepach, w pracy ordynarnej, w ciężkich i twardych cierpieniach. Ów sposób życia ujął wrodzony temperament pani Laury w mocne kluby i urobił go w szczególną całość. Doktorowa na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie babiny gadatliwej, chętnie decydującej i chłodnej. Nie cierpiała wszelkiej »egzaltacyi«, mazgajstwa, uczuć i tkliwości. Palnęła nieraz takie zdanie, że aż się kwaśno robiło. W gruncie rzeczy jednak czuła żywiej, niż całe otoczenie. Były materye, które ją elektryzowały w mgnieniu oka. Wtedy robiła wrażenie nasrożonej kocicy. Mówiła w takich momentach krótko, węzłowato, jak dowódzca, wydający rozkazy swemu oddziałowi piechoty. W tej piechocie stał, rozumie się, na pierwszem miejscu dr. Węglichowski. Czy siedział pod pantoflem, to jest wieczna tajemnica... W kwestyach szerokich, ogólnych, zasadniczych sprawiał wrażenie podkomendnego. Za to w interesach wszelkiego gatunku, wymagających przebiegłej kombinacyi był panem i rozkazodawcą.
U państwa Węglichowskich prawie codzień gromadził się światek cisowski: Listwa, Chobrzański, plenipotent Worszewicz, ksiądz, Judym, kilka osób z kuracyuszów i kuracyuszek, dłużej w zakładzie przesiadujących. Latem, a szczególniej pod jesień grywano w winta na małej werandzie domu, ocienionej dzikiem