Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


konie. Długo więziłam je w żelaznej stajni, codzień zatrzaskiwałam wrótnię, wbijając palce w płytę z granitu, teraz niech sobie pędzą, jako chcą. Jechałabym natychmiast, ale deszcz, jak z cebra.
Niedobre, przebrzydłe Kielce! Co wyjrzę oknem, to zamiast upragnionego błękitu — nowa gromada chmur i strugi ulewy. Ale niech tam! Musi się wyjaśnić.
Przyjechałam w nocy, blizko o czwartej i z trudnością znalazłam ten numerek. Tak to — już w mieście Kielcach panna Joasia nie ma nikogo...
Szybko wygasa domowe ognisko i rozwiewa się w ostrym wietrze wonny dym rodzinnego namiotu. Gniazdo człowiecze trwa tak samo długo, jak gniazdo pająka. Przebieram w myśli osoby tutejsze, które pewno siedzą jeszcze między Karczówką a Pocieszką, ale nie znajduję nikogo, ktoby zajrzał mi w oczy z braterskiem zrozumieniem, gdybym powiedziała dzieje mego żalu, dzieje grobowego smutku, który był, jak cień śmierci. Nie mogę nikogo wymyślić — jakby to powiedzieć? — z oczami widzącemi. Są to wszystko poczciwi ludzie, których tępe serce nie przebija ścian domu familijnego. Ale Bóg z nimi! Umiem już chodzić wśród zimnych ludzi, jak między nagrobkami cmentarza. Mniejsza o to!
Moja aleja przy Karczówce, mój wyśniony latami w Warszawie daleki widok górski!
Bije godzina szósta na dzwonnicy katedralnej. Miły, spiżowy dźwięku zegara, bądź pozdrowiony! Jakże ci się obawiałam niegdyś, z jak głęboką trwogą słuchałam cię pierwszy raz po przyjeździe z Głogów