Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


płci męskiej, żeńskiej i nijakiej gnieździ się w małej jurcie razem z psami, cielętami, w bezpośredniem sąsiedztwie bydła. Dołączony do tego zapach gnijących ryb, powoduje to, że trzeba było wyskakiwać na jednej nodze dla złapania tchu. Rano znowu jazda. Wytrzymałość reniferów — zadziwiająca. Trzeba je widzieć, (choć nie radzę...) obciążone naładowanemi nartami, gdy się wdzierają na pionowe urwiska gór, lub gdy pędzą po błotnistych kępach, ledwie, ledwie pokrytych śniegiem. Pędzimy przez błota! Narty skaczą, chyboczą się po kępach, jak łódź w czasie wiatru na wodzie. Noc ciemna, widać tylko jakąś nikłą, białą płaszczyznę. Woźnice krzykiem poganiają zwierzęta do szybszego biegu. Za sobą słyszę coś w rodzaju sapania lokomotywy i co chwila to z prawej, to z lewej strony ukazuje się poczciwy, rogaty pysk jelenia, obrośnięty szronem, buchający parą, z wywieszonym, jak u psa, jęzorem. Gdy ścisnęły silniejsze mrozy, jelenie przestały sapać i stuliły buziaki. W czasie jazdy trzeba się ciągle przechylać to w tę, to w ową stronę dla zachowania równowagi, albo, dla przywrócenia jej, uderzać nogą w ziemię. Wjeżdżamy w las, przecinamy wzgórza, poczem szalonym pędem staczamy się znowu w dolinę. Jelenie pędzą, jak wiatr i narty lecą aż dech zamiera w piersiach. Na dole przednie narty zwalniają biegu, następnie wszystkie z trzaskiem uderzają się o siebie i rozskakują na wsze strony. W dolinie znowu kępy, znowu podskoki nart, niby po wzburzonych falach. Zmuszonemu do ciągłych ćwiczeń gimnastycznych ciepło, ale nogi marzną, a przy szalonym pędzie po kępach, w ciemności nie może być mowy o rozgrzaniu się