Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


trudno, przytem stan ciągłego wyczekiwania, obawa, że renifery rozbiegną się i trzeba będzie z konieczności kilka dni zatrzymać się w takiej dziurze, wszystko to, razem wziąwszy, wywoływało nasz pośpiech. Renifery rozbiegały się kilkakrotnie, ale udało się nam z Jasiem dość prędko je gromadzić do kupy. W ciągu całej podróży nie straciłem ani jednego dnia. Nulla dies sine linea. Widzisz, jak to dobrze umieć łacinę! Taka linea w tych stronach znaczy kilkadziesiąt wiorst. Renifery wszędzie dobre, droga z małymi wyjątkami znośna, więc mknęliśmy z szybkością dziesięciu (do dwunastu) wiorst na godzinę. Powarnie czasami okropne! Tyle się już o nich czytało, tyle słyszało, a jednak rzeczywistość znacznie przechodzi wyrobione o nich pojęcie. Są to ogromne, nizkie landary bez podłogi, bez nar, z dymiącym kominem, ze szparami w ścianach, — jednem słowem, do mnie podobne: ze wszystkiemi wadami, ale za to bez żadnych zalet. Na pierwszy rzut oka przedstawiają się poetycznie, szczególniej, kiedy ogień oświetli ściany, pokryte białym szronem, soplami i niby tysiącem znikających dyamentów zacznie migotać. Ale estetyczne zadowolenie ustępuje miejsca rozczarowaniu, kiedy ta fantastyczność zaczyna kapać na nos i ubranie wędrowca. Na noc w powarniach nigdy się nie rozbierałem, przeciwnie, ubierałem się ciepło, co do przyjemności nie należy. Przytem, dopóki ogień się pali, takie »gorońco«, jak mówią twoje litwinki, że nie wiadomo gdzie się ukryć, a jednocześnie nogi i plecy marzną. Czasami, zamiast w powarni, udawało nam się nocować w jurcie, ale i te chambres garnies nie są bez »ale«. Kilkanaścioro ludzi