Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wieczny odpoczynek...
4 Grudnia. Po bardzo długiej niebytności odwiedziłam wczoraj pannę Helenę. Nie są to już five o’clock’i, lecz zebrania późno-wieczorne. Dla kochanej panny Heleny mam wiele wdzięczności z owych jeszcze czasów, gdy mię tu nikt a nikt nie znał. Ona mi pomogła dostać niejedną lekcyę i uczyniła to, (co jest rzeczą godną pamięci), bez wyrachowania. Swoją drogą na tych jej recepcyach nie czuję się w swoim żywiole. Może dlatego, że hasam tylko za lekcyami i wyzbywam się wielu szczególików salonowych, a może dlatego, że się tam zgromadza towarzystwo zbyt wielkich literatów i artystów.
Główny kontyngent stanowią młodzi nieśmiertelni bieżącego sezonu. Muszę wyznać, że nie lubię ani książek modnych, sezonowych, ani ludzi tego autoramentu.
Wczoraj, idąc po schodach do mieszkania panny Heleny, czułam formalne tchórzostwo. W chwili, kiedy trzeba wejść do saloniku, gdzie zgromadziła się już pewna ilość osób, notabene mężczyzn, czuję, jak dalece jestem do tego czynu nieprzygotowaną. Zapomniało się o tysiącu rzeczy, służących ku temu, żeby ładnie wyglądać. Wówczas formalna trema... Z tego się okazuje, że towarzystwo mężczyzn jest bardzo pociągające. Ja, przyznam się, mocno je lubię, ale koniecznie mężczyzn delikatnych, rozumnych, a przytem nie pedantów, którzyby lekceważąco traktowali moje myśli i słowa. Mężczyźni wszyscy interesują się pannami, a kłamstwem byłoby przeczyć, że jest miło, ach, jeszcze jak miło, wywoływać zajęcie. Wchodząc w celu (nie-