Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


możliwe były tylko w przeszłości. Przypatrując się takiej sztuce Moliera, widzi się dopiero, jak ludzkość postąpiła naprzód i to nie tylko w zakresie medycyny, ale przedewszystkiem w dziedzinie etyki. Taką dzicz, jaką widzimy na tej scenie z pewnością może, kto zechce, zobaczyć jeszcze w radomskiem, kieleckiem, a nawet sandomierskiem, a niewątpliwie wszystko to należy już przecie do epoki, którą opisuje Molière.
Małe to i już osobiste spostrzeżenie. Jestem niby to zgnębiona śmiercią panny L. i innemi okolicznościami, a przecie potrafię pękać ze śmiechu za lada konceptem. Zawsze miałam to pochlebne o sobie mniemanie, że jestem lekkomyślna. Teraz ten przymiot zdaje się wzmagać. Nic we mnie stałego, niezmiennego. Gotowam jak najswobodniej się bawić i to nietylko w teatrze, ale z pierwszym lepszym knotkiem na lekcyi, pomimo, że nibyto mam swoje smutki. Jakże wobec tego można sobie ufać, gdy w człowieku jest jakieś licho ukryte, nie dające chwycić się za uszy. Musi to być, widocznie, siła tej ziemskiej powłoki, siła zwierzęca, dla której śmiech jest konieczny, jak targanie przez wicher dla roślin. Należałoby umartwiać to mieszkanie ducha...
30. Listopada. Nazywa się: doktór Judym.
1 Grudnia. Nie jestem wcale przesądna, nie wierzę we znaki, a swoją drogą, gdy się coś takiego zdarzy, jest mi bardzo przykro. Teraz szczególniej, po dzisiejszej nocy. Zdaje mi się, że stoję wobec jakichś brutalnych i potężnych osób, które mię skrzywdzą. Usnęłam późno, w znużeniu i smutku. Ujrzałam we śnie salę ciemną, coś jakby sąd w Zurychu, gdziem nigdy