Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


usiłowała zblednąć — wszystko darmo. Tracę władzę nad głupiem czerwienieniem się, — ręce mi drżą. Ten frant gotów pomyśleć, że wywiera na mnie tak piorunujące wrażenie, a on mi tylko ubliża. Czemuż to nie jest tamten z »Pieśni nad pieśniami?« Rumienić się w towarzystwie osób dobrych i delikatnych nie jest wcale tak bardzo przykro. Jest to wówczas, jakby się nie chciało wymawiać pewnych słów ordynarnych, ciapać wargami, albo patrzeć na rzeczy nieprzyzwoite. Ale tu! Czytałam gdzieś, że w Egipcie sprzedawano talizmany, które miały strzedz kupującego od uroków. Mówiono wtedy: od spojrzeń dziewczyn ostrzejszych, niż ukłucie szpilką, od oczu kobiet ostrzejszych, niż noże; od spojrzeń chłopców bardziej bolesnych, niż uderzenie batem, od spojrzeń mężczyzn cięższych, niż uderzenie siekierą. Jakżebym chciała być zabezpieczoną od ostatnich spojrzeń, od »tych« spojrzeń!...
Dzisiaj pani B. przytrzymała mię w swym »zagraconym« salonie, a ten »literat« wsunął się tam niezwłocznie jedwabnymi kroki. Czułam jego osobę, mimo żem nie podnosiła oczu. Zaczął mówić rzeczy oklepane, które pewno słyszał od kogoś mądrzejszego.
O Nietzschem! Mam silne poszlaki, że uważa się za nadczłowieka i za ucznia filozofa, którego sądzi z »artykułów« pism warszawskich. Specyalnie jest znakomity, kiedy rozpoczyna zdanie w sposób pełen obietnic:
— Bo trzeba pani wiedzieć...
Albo:
— Pewno pani sądzi, że... otóż...
I dopiero wygłasza myśl znaną mi i niepotrzebną,