Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


o bardzo subtelnej kombinacji rysów, pełen harmonii i jakiejś walecznej siły. Jak to dobrze, że sobie wyskoczył na rogu Ciepłej, bo, kto wie, możebym się była w nim zakochała. Przez cały dzień, ciągle było mi bez żadnego powodu przyjemnie, jakoś tak radośnie, jak gdyby za chwilę miało mię spotkać coś nad wyraz miłego. Gdym usiłowała zrozumieć, co mi się dobrego zdarzyło, płynęła z ciemności jego twarz — i te oczy, szukające czegoś za szybą.
Niech go spotka w życiu wszystko dobre...
19 Listopada. »Najzacniejsza pieśń Salomonowa« mówi: »I któż to jest, który wychodzi z puszczy, jako słupy dymu, kurząc się od mirry, od kadzidła i od wszystkich prochów wonnych...«
Najzacniejsze słowo! Jest to realny opis uczucia... Tego, który przychodzi z puszczy... Słowa bez sensu tłómaczą istotę uczucia tak ściśle, jak algebra.
20 Listopada. »Na łożu mojem w nocy szukałam tego, którego serdecznie miłuję, szukałam go, alem go nie znalazła. A przeto teraz wstanę, a obejdę miasto, będę szukać po ulicach i po miejscach przestronnych tego, którego z duszy miłuję. Szukałam go, alem go nie znalazła...«
Nieskromne, upokarzające!... Te słowa — to rumieniec. Każda litera pali się ze wstydu. Coż, kiedy prawda, cóż, kiedy prawda...
22 Listopada. Znowu ten kuzyn ze swoim uśmiechem, przyklejonym do warg gumą arabską! Kiedy on staje we drzwiach w chwilę po naciśnięciu przezemnie dzwonka, jestem wprost bezsilną. Czuję odrazu, że robię się czerwona, jak burak. I żebym nie wiem jak