Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/079

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


jej aspiracyi i wierzeń. Do sprawy uczciwej zawsze przyłożyła ręki. Już to nie były dawne prace, tchnące entuzyazmem, ale jeszcze tkwił w nich pewien umiarkowany zapał. W salonach doktorstwa Czerniszów gromadziła się sfera myśląca. Wszystko, co Warszawa miała wybitnego, znajdowało tam gościnę. Przyjęcia rozłożone były w ten sposób, że jednego tygodnia w umówione środy zbierała się inteligencya wszelkich zawodów, drugiego — tylko lekarze. Jeżeli w dniu niewłaściwym przybłąkał się ktoś z poza koła medycznego, był gościem pani. Grono lekarskie nie trwoniło swych zebrań środowych na gawędkę. Zgromadzenia te, początkowo obejmujące grupę najbliższych przyjaciół gospodarza, literalnie wciągały ludzi. Jeżeli kto miał ukończoną pracę, to ją tam czytał; jeżeli nastręczał się komu w praktyce niezwykły wypadek, to tam był podawany do wiadomości kolegów. Przybył ktoś ze świata, z wycieczki naukowej, tam zdawał sprawę z tego, co widział i do stosowania w kraju, w granicach sztuki lekarskiej, za słuszne uważał. Posiedzenia nie miały charakteru napuszonego, ale też nie trąciły szlafrokiem. Liczono się z niemi, a co ważniejsza, lubiono je. Gospodarz, człowiek skromny a mądry, pełen dystynkcyi i słodyczy, pani domu, czarująca każdem słowem i giestem, salony, w których znajdowało się urządzenie wytworne, niejedno dzieło sztuki, a nadewszystko owa atmosfera myśli, wyższości prawdziwej i kultury — przyciągały wszystkich.
Judym, który doktora Czernisza znał, będąc jeszcze studentem, złożył mu w pierwszych dniach września swe uszanowanie i został zaproszony do koła.