Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— No, no, ja ta na wiatr nie gadam! Dopiero, jakeś poszedł do uniwersytetu, zetknęliśmy się, ale to co innego, i zresztą...
— Ciotce zawdzięczam wiele, — mówił doktór, patrząc w ziemię. Gdyby nie ona, zostałbym był na naszem podwórzu. To prawda. Ona mię w świat wepchnęła, ale też com ja z jej powodu przeżył!
— Tyś przeżył?
— Wiesz przecie, kim była nasza ciotka.
— Przecie, że wiem.
— Była to, podobno, niegdyś cudna dziewczyna. To też prędko z suteryny ruszyła w świat...
— Cóż ty będziesz we flanelę obwijał? »Ruszyła w świat« — tere-fere... To była, podobno, najpierwsza granda w Warszawie! Jeden facet, co mu ojciec nieboszczyk buty robił, rozpowiadał staremu, że to, mówię ci, hrabiowie, nie hrabiowie...
— No dobrze, dobrze! — mruknął Tomasz z niecierpliwością.
— Gniewa cię to? — śmiał się tamten ordynarnie.
— Chcę ci powiedzieć, jak było, boś o tem zaczął, a nie wiesz: zebrała sobie kupę pieniędzy, mieszkanie najęła na drugiem piętrze, cztery pokoje... miała śliczne meble. Czego tam nie było!
— Podobno szyk najpierwszy!
— Tak jeszcze stała, gdy mnie wzięła do siebie. Była już wtedy przekwitła, życia dawniejszego nie prowadziła, ale bywało u niej mnóstwo znajomych Grało to w karty, piło. Przychodzili najrozmaitsi ludzie, młode i stare baby. Tam ja to rosłem, jak różyczka