Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Los zdarzył, że stara dama zatrzymała się w przedsionku, prowadzącym do sali Amora i Psyche — i niemym znakiem w dużych, bladych oczach pytała Judyma o drogę. Kiedy się znaleziono w obliczu wygłaskanej grupy, owego malowidła w białym marmurze, wszyscy umilkli. Judym ze smutkiem myślał, że właściwie rola jego już się skończyła. Czuł, że wyrwawszy się z wiadomością o papie z Ciepłej, nie może towarzyszyć tym paniom i szukać ich znajomości. Znowu w umyśle jego przesunął się pokój »na Wolterze« i stara, wstrętna żona concierge’a ze swemi wiekuistemi pytaniami bez sensu. W chwili, kiedy najbardziej nie wiedział, co czynić i nie był pewny w jaki sposób wypada się rozstać, pani Niewadzka, jakby zgadując, o czem myśli, rzekła:
— Wybieramy się do Wersalu. Chciałybyśmy zobaczyć okolice, być po drodze w Sèvres, w Saint-Cloud... Te wartogłowy pędziłyby z miejsca na miejsce dzień i noc, a ja formalnie upadam. Czy jeździłeś pan do Wersalu? Jak wygodniej? Koleją? Piszą tu o jakimś tramwaju pneumatycznym. Czy to co lepszego, niż pociąg?
— W Wersalu byłem dwa razy tym właśnie tramwajem, który wydał mi się bardzo dogodnym. Idzie wprawdzie wolno, pewnie dwa razy wolniej, niż wagon kolejowy, ale za to daje możność obserwowania okolicy i Sekwany.
— A więc jedziemy tramwajem! — zawyrokowała panna Wanda.
— O którejże godzinie wychodzi stąd ten czupirak?