Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/021

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Tak ostro pan wymienił zatrudnienie swego ojca, że czuję się prawdziwie upokorzoną. Zechce mi pan wierzyć, że nie miałam intencyi pytaniem o jakieś tam koligacye sprawić mu przykrości. Po prostu nałóg starej baby, która długo żyła i dużo ludzi na świecie widziała. Miło jest, to prawda, zetknąć się z człowiekiem, którego osoba mówi o dawnych rzeczach, ludziach, stosunkach, ale o ileż przyjemniej, o ileż... przyjemniej...
— Ojciec pana, ten szewc, robił damskie obuwie, czy męskie kamasze? — zapytała, przymrużając oczy, młodsza z panien Orszeńskich.
— Trzewiki, głównie trzewiki, w dość odległych jedna od drugiej chwilach przytomności, najczęściej bowiem robił po pijanemu awantury, gdzie się dało.
— No to już zupełnie w głowie mi się nie mieści, jakim cudem pan został lekarzem i do tego — w Paryżu!
Panna Podborska cisnęła na mówiącą spojrzenie pełne rozpaczliwego wstydu.
— W tem, co nam pan o sobie wyznał — rzekła stara jejmość, — widzę dużo, dużo odwagi. Doprawdy, że po raz pierwszy zdarzyło mi się słyszeć taką mowę. Proszę pana doktora jestem stara i różnych ludzi widziałam. Ile razy zdarzyło mi się obcować z... indywiduami, nie należącemi do towarzystwa, z osobami... jednem słowem z ludźmi, pochodzącymi ze stanów, zwanych słusznie, czy niesłusznie, w to nie wchodzę — gminem, to zawsze ci panowie usiłowali starannie ominąć kwestyę swego rodowodu. Znałam co prawda i takich — mówiła jakby z pewnem zadumaniem, — którzy w jakimś okresie życia, zwykle w młodości, przyznawali się z emfazą do swego stanu kmiecego, czy tam do cze-