Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/017

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


same uczucia, które Judym przed chwilą miał w sobie, widział teraz na licach nieznajomej. Sprawiało mu to szczerą przyjemność. Radby był zapytał, czy się nie myli i usłyszał z pięknych ust wynurzenie wrażeń. Nigdy jeszcze w życiu nie doświadczał takiej chęci rozmawiania o sztuce i słuchania z pilnością, co sądzi o ulatujących wrażeniach drugi człowiek...
Tymczasem ów drugi człowiek, zajęty statuą, na śledztwo, ani na badacza żadnej uwagi nie zwracał.
— Pamiętam, — rzekła dama w wieku, — inną grupę z marmuru. Była to jakaś scena mitologiczna. Geniusz czy amorek ze skrzydłami całuje śliczne dziewczątko. Jest to może cokolwiek niewłaściwe dla was, moje sroki, ale tak piękne, tak urocze, tak agréable, tak sensible...
Najstarsza z panien podniosła głowę i, wysłuchawszy całego zdania z uwagą, rzekła, przerzucając kartki:
— Coś tu zauważyłam... L’amour et psyché... Antoine Canova. Czy nie to?
— A może i Psyche. Tylko, że waham się, czy wam to pokazać... — dodała ciszej.
— W Paryżu! Jesteśmy teraz w Paryżu! Musimy umoczyć wargi w puharze rozpusty... — szepnęła brunetka do starej damy w sekrecie przed młodszemi towarzyszkami.
— A co mię tam ty obchodzisz! Ty sobie oczy wypatruj na wszelkie Amory malowane i rzeźbione, ale te oto...
— Babcia myśli, że my rozumiemy cokolwiek... — rzekła z przepyszną miną najmłodsza. — Nie wiem tylko, po co tyle czasu tracić na oglądanie tych roz-