Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 02.djvu/292

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    wierzyć... Jak ci się podoba. A ja już wtedy i z oncerami, i ze studentami, gdzie się tylko dało! Jakem się tylko mogła z domu wyrwać, to wnet po górkach studenckich... Matkę już wtedy wpędzałam w grób... Ojciec się rozpił.
    — Kłamiesz, dyablico! Byłaś wtedy czysta, jak bukiet cyklamenów. Idź do dyabła!
    Tiens... A przecieś mię, łysy młodzianku, zapraszał do siebie.
    — Nie, nie chcę! Nie mogę na ciebie patrzeć.A zresztą jestem chwilowo... bez tego... bez waluty...
    — Wiem. Dość spojrzeć na te gałgany, w których się ślasz po ulicach. Ty, Horście! Ty Horście! Słuchaj, pójdę z tobą, ale mi pokaż, gdzie ojciec siaduje, w której knajpie.
    — O, widzisz, rozumne słowo! Ale przyrzeknij, że pójdziesz, jak pokażę. Przyrzeknij, Ewuś, — samego mię więcej kosztuje... Przyrzeknij!
    Bocznemi drzwiami, z podwórza weszli do przyćmionej izby bilardowej, gdzie o tej porze nie było nikogo. Ewa kazała podać dla siebie i Horsta po szklance kawy. Zajęła miejsce nawprost drzwi. Siedziała w mroku. Ujrzała ojca w tłumie grających w szachy. Siedział przy stoliku schylony, sprzeczał się z kimś zajadle. Stare zmarszczki, nowych tyle. Twarz ta sama, a jakby inna, zgłuszona, sterana, paskudna. Złożyła ręce na marmurowym stoliku, oparła na nich głowę i śledziła ruchy. Uśmiech dziwaczny opromienił jej twarz, usta i oczy. Jakieś uczucia dymiły się z jej duszy. Podniosła na Horsta oczy ponure, szatańskie, odrażające. Wycharczała: