Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 02.djvu/291

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Bo śmierdzisz trupem.
    — Jest! Kiedy nie za pieniądze, tylko z platonicznej miłości. Bo ja, wiesz, jestem chwilowo bez znaczniejszych zasobów waluty... Zawsze cię kochałem, a do dyaska, ciągle platonicznie! Weźże to pod uwagę... Tak wiecznie być nie może.
    — Wstąp do cyrku na Augusta.
    — Nawet teraz nie chcesz mię ocenić.
    — Nawet teraz.
    — A pamiętasz, chciałem się z tobą ożenić, co?
    — Pamiętam.
    — A pamiętasz, kochałem się w tobie jak uczeń. Podsłuchiwałem pode drzwiami, jakeś wychodziła z domu, żeby tylko usłyszeć głos twoich kroków, stuk drzwi, gdyś znikała na pół dnia.
    — A tak, jesteś pierwsze świństwo, które zobaczyłam w życiu...
    — Pomówmy o tamtych czasach!
    — Pudel Barnawskiej. Pan się pewno z nią kochasz, — he?
    — Nie lubię tych przycinków. Czyż nie można dyskutować bez brzydkich wyrazów?
    — Można, ale nie z tobą. A wiesz asan o tem, że jakeś to do mnie wybałuszał swe paskudne ślepia, że już wtedy...
    — Co wtedy?
    — A już wtedy, — che-che, — jakeś to pan u nas mieszkał, już wtedy puszczałam się tęgo. Nie umiałeś się do mnie zabrać.
    — Kłamiesz, szelmo! Kłamiesz najpodlej w świecie!
    — Doprawdy? Możesz sobie wierzyć, albo nie