Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 02.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łatwowierne, oczy — uśmiech. Wąs bujny, bielusieńki, osłaniał lubieżne usta, srebrna czupryna, jak dyadem, ozdabiała czoło. Trudnoby było wykomponować piękniejszą figurę na prezydenta rzeczypospolitej, ministra, czytającego mowy tronowe, głównego sędziego albo szwajcara w Monte-Carlo.
Był to jednakże tylko nauczyciel języka francuskiego, syn emigranta, nieszczęśliwego emigranta polskiego... d’un malliereux emigré polonais... Teraz od kilkunastu lat mieszkał »we Widniu«, tęskniąc zbolałem sercem do »nieszczęsnej ojczyzny«, której wcale nie znał i do której nigdy się nie kwapił, aczkolwiek nikt mu nie bronił przebywać dowoli pod jej słomianym i dziurawym dachem.
Nycz dawał lekcye synom posłów, magnatów, członków izby panów, ambasadorów i t. d. Był tak dobrze wychowany, gładki, przyjemny, wesoły, obfitujący w anegdotki i anegdoteczki, że lubili go wszędzie nie tylko uczniowie, pobierający lekcye języka, ale i ojcowie, tudzież matki.
Nycz bywał wszędzie i wszystkich znał. Osobliwie pilnował »tradycyi narodowych«, zachowania w nieskalanej czystości wszelkich jedzeń ściśle »narodowych«, »święconego«, strucel gwiazdkowych i t. d. O wszystkiem wielkiem na świecie mówił z prostotą wesołą, niemal biblijną. Nie można powiedzieć, żeby kłamał kiedykolwiek, aczkolwiek nie poczytywał kłamstwa za występek. — Pauvre patrie, do której wzdychał »we Widniu« od lat tylu, była jego istotną miłością.
Cieszył się z tryumfów różnych leaderów i speakerów »koła« i poczytywał owe tryumfy, oraz