Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wejdzie na pensyę biurową panny Ewy, namówi życzliwie, żeby wziąć do domu trzy »normy« z biura i pisać ceduły do białego ranka.
Boć praca uszlachetnia każde stworzenie w rodzaju ludzkim. Nic tak nie uszlachetnia, jak wyżej wzmiankowana praca.
— Panie Horst, panie Horst, — sykał pan Pobratyński niecierpliwie. — W moim domu... takie słowa...
— Przecie nic złego nie powiedziałem. Czy się ciocia obraża? Widzi pan przecie, jak życzliwem okiem patrzy na moje zadumane czoło.
Stara dama uśmiechnęła się pogardliwie i wyniośle.
Rzekła po chwili:
— Starasz się być dowcipnym, co nie jest rzecz łatwa, a boisz się mojego spojrzenia.
— Ja? Chyba nie, ciociu. Nigdy się jeszcze w życiu nie bałem. Skądżeby teraz?...
— A bo teraz starzejesz się, dobrodzieju, łysiejesz. Strzyżenie przy samej skórze nie pomoże, mizdrzenie wąsiąt, wyszczypywanie siwych włosów, podczernianie zlekka baczków, czyszczenie starych marynarek od najbardziej angielskich krawców nie pomaga. Ewa nie chce widzieć twych łajdackich uśmieszków i powłóczystych spojrzeń. Tak, tak — nic nie pomoże wywracanie oczów do góry nogami...
Pan Horst zlekka przybladł.
— A widzisz, trafiłam w to miejsce, gdzie cię boli. Ja się znam na szelmostwie ludzkiem. — Tak to. tak! Śmierć i ku tobie chyłkiem podąża.
— No, jużcić podążać podąża, ale w każdym razie