Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wszystko wezmę, panie łaskawy, od a do z, byleby kawałek chleba...
Uśmiech, zaszczuty, pokorny, spłoszony, gotów przelać się w mars subordynacyi, czy w grymas rozpaczy i pogardy... Horst ziewał. Nawet ziewanie jego było jakieś wesołe i hulaszcze.
— Ja tak oto pytam... Nie mam tu stosunków, bo mieszkam właściwie zagranicą dla studyów.
— Pan dobrodziej jeszcze studyuje?
— Uczymy się do śmierci!... — uśmiechnął się Niepołomski. — Zajmuję się kwestyami naukowemi.
— A gdzie mianowicie pan... studyuje, jeśli wolno zapytać? — rzekł grzecznie Horst.
— Najłatwiej człowiek uczy się w Paryżu. Tam też siedzę. W Genewie również, w Belgii...
— Tak... — mruknął rządca.
— Wracając do posady... proszę pana, jakież są pańskie... właściwie warunki, no, wymagania, kwalifikacye...
— Pracowałem po biurach, przy buchalteryi pracowałem i w technicznej branży: byłem w Szulcowskich warsztatach magazynierem, byłem nawet ekspedytorem po redakcyach. Ale to... Mam chlubne świadectwa. I mimo to wszystko, łaskawy panie, na mój wiek podeszły wskazują. Młodzi nas biorą — oto rdzeń rzeczy. Stary pan jesteś, powiada jeden z drugim, idź precz! Młody nam składa ofertę za niższą cenę. A młodzik, panie, nieżonaty, może i za dziesięć złotych, — by byle na knajpę i jeszcze na coś starczyło, to świat. A ty utrzymaj rodzinę... I niema rady!
— No, bo to i racya.