Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ja sam urządziłem sobie tam już wszystko, co mi jest potrzebne. Wymagam od służącej, żeby na czas czyściła obuwie, przynosiła bułki, samowar i, co najgłówniejsza, żeby nie wchodziła do pokoju, jeśli jej nie wołam.
— I żeby, oczywiście, nie otwierała bez specyalnego zaproszenia rzeczy pozamykanych... — dodał życzliwie Horst.
— Złote zasady! — wyrzekł pan Pobratyński.
— Nie wiem, czy to są jakie zasady, — mruknął Niepołomski do siebie.
— Pan dobrodziej, jak widzę, żonaty? — zapytał, a raczej stwierdził, patrząc w papiery, rządca domu.
Chwila milczenia. Potem odpowiedź zimna i twarda, Jak potrącenie pięścią:
— Tak. Jestem żonaty.
Horst z cicha, z ledwie dosłyszalnym odcieniem Wesołości, zakaszlał. Ewa przyjęła do wiadomości słowa, wyrzeczone przez Niepołomskiego, w taki sposób, jakby ją istotnie ktoś pięścią uderzył w głowę.
Uczucie brutalne, obmierzłe, uczucie rozczarowania oblało ją od stóp do głów.
— Czy i współmałżonka pańska zamieszka tutaj? — dopytywał się rządca ze słodyczą.
— Nie.
Był to ten sam głos twardy i głuchy. Czoło zmarszczone, oczy, jak z surowego żelaza...
— Bo gdyby chodziło o szczupłość lokalu, albo, przypuszczam, o drugie łóżko... — wywodził pan Pobratyński, zdejmując wskutek emocyi okulary.
— Nie, panie. Toćbym żądał, gdyby zachodziła