Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i ginęły jedne w drugich, podobnie, jak miłosne spojrzenia.
Chmurki te, chyżo lecące w niebiosach, ściskały serce widokiem swoim. Złotemi nićmi, co w oczach stają się wraz poniekąd białością i błękitem, oplatały duszę. Z najodleglejszych głębin wypłynął obłoczek biały, jak poranny śnieg, — w oczach rozszerzył się, rozpostarł białe skrzydła... Usta Ewy z radością, bojaźnią i czcią wyszeptały:
— Serafin...
Wszystka istność duchowa podała się ku niemu, a ciało zawisło niejako w powietrzu. Zaostrzył się zmysł słuchu i powonienia. Zmysł widzenia i zdolność pojmowania wzrosły bez granic. Możnaby wówczas zaiste rozumieć skomlenie i ryk zwierząt, słuchać dziejów ich cierpień, wiedzieć, co wyśpiewują ptaki, pojmować, co między sobą szepcą szelesty sitowia nad głębinami wód. Możnaby ogarniać jestestwem swojem dzieje wewnętrzne skał i tragedye głębiny ziemskiej, możnaby podsłuchać czemu płaczą i jak warkocze brzóz nad wybojami dróg, zdeptanych przez bose nogi i przez kopyta smaganych koni... Jasne obłoki poczęły rymować się w dźwięki przecudne, jak wiersze, wyjęte z głębin, z pokładów mowy pospolitej, z języka narodu, jęły przepływać w melodye, których piękność i najwyższa doskonałość powinnaby zostać na wieki, podobnie, jak zostaje dyament, urodzony w grubych pokładach czarnego węgla ziemi. W duszy zabrzmiał śpiew jednogłośny duszy przeistoczonej w anioła, a może i śpiew tronów, cherubinów, serafinów, aniołów i archaniołów, rozlegający się pod niebem, płynący po