Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/376

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


długiej promenadzie angielskiej, daleka, daleka morska latarnia...
Oto jej błysk — raz — raz. Wszystko poczęło wyginać się, zwężać i biedź chyżo ku sobie. Nagle dziwne, bolesne ściśnienie serca, ściśnienie nieznośne... Wszystko, cokolwiek jeszcze wzrok pochwycić może, spajać się poczęło w jedno słowo, w jedno jedyne... Szczerbie...
Wiatr zadął ze wschodu. Stało się znagła zimno.
Parowiec jął wznosić się ruchem od przodu na tył, jakby się wspinał na grzbiet rumaka i jego skokami.
W piersiach szloch za znikającą ziemią, w czaszce głucha nieświadomość, oczy ze zdziwieniem a później ze straszną trwogą poczęły przywierać do fal, wznoszących się wyżej i wyżej, jak śpiczaste dachy.
Ewa zeszła do sali jadalnej, stanowiącej zarazem salon statku, i kazała podać sobie filiżankę mocnej herbaty.
Wpobliżu siedział gruby obywatel korsykański, którego już była zauważyła z tego powodu, że bez przerwy jadł, tudzież pił. I obecnie wciągał birrę z beczkowatego kufla ogromnymi haustami. W rogu salonu tuliły się trzy niewiasty. Zaledwie kelner przyniósł w filiżance jakąś dziwną, czarną i gęstą niemożliwość, gdy obywatel zajadacz doświadczył nieprzyjemnego, (i to nictylko dla niego), uderzenia waporów pokarmowych do gardła, uderzenia, które w okolicach miasta Kielc, (trudno zdecydować, czy trafnie i z jakiego tytułu), zwie się hepaniem. Za pierwszym atakiem nastąpił niezwłocznie drugi, znacznie inten-