Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/364

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I oto pierwszy raz w duszy jej ukazała się radość, wynikająca z racyi obcowania, ze Szczerbicem, Dwarfami, tym Jaśniachem. Była pewna, że ten nowy kompanion przegra wszystko i, wbrew woli, wbrew samej sobie, pozwalała przemykać się myśli, co też się wówczas z nim stanie. — A jeśli to jest jaki łotr... — pomyślała niepostrzeżenie.
Nachyliła się, żeby lepiej widzieć. Jaśniach postawił dwa białe papiery po tysiąc franków każdy we dwa miejsca stołu — i po chwili trzymał w ręku dwa nowe. Wówczas wszystkie cztery postawił w jedno miejsce — i cztery nowe sfrunęły ku niemu ze strony croupier’a. Czynił to wszystko, ociężale, automatycznie, jak człowiek, wtrącony przez chorobę w ciężką malignę. Wziął wygrane pieniądze i tylko przesunął je palcem na drugą stronę białej kresy. Ewa schyliła się jeszcze niżej i ciekawie patrzyła ponad ramiona. Serce poczęło kołatać w jej piersiach. Croupier rozłożył karty i przysunął Jaśniachowi ośm tysięcy franków. Ów wziął z tej górki papierów cztery, włożył zgniecione nerwowo w boczną kieszeń surduta. Dwanaście tysięcy zostawił na miejscu. Croupier rozłożył karty i wnet przysunął graczowi niby książeczkę, złożoną z dwunastu arkuszów.
— Może dosyć? — szepnęła Ewa.
Odwrócił ku niej oczy zamglone, smutne i senne Ujrzała, że grube krople potu okryły jego czoło, łysinę i zagłębienia koło nosa.
— Jeszcze tylko chwilę... — westchnął.
Książeczkę z dwunastoma tysiącami schował do kieszeni, a dwanaście tysięcy enjeu porozstawiał to tu, to tam ruchami zdecydowanymi, aczkolwiek nad wszelki