Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żyła się na wznak na żelaznych prętach pustego łóżka, niby na ruszcie piekielnym. Objęła oczyma pokój — i cała przemieniła się w uśmiech. Toż to już nie obmierzły »pokój pojedynczy przy familii z samowarem i usługą« — toż to jest cela świętej Teresy.
Jeszcze tylko widoku nieba!
Wstała leniwie i mocnym ruchem naścieżaj otwarła okno. Za chwilę leżała znowu na prętach żelaznego łoża, rżnących ciało, jak włosiennica. Jednym ruchem ręki ujęła wszystkie włosy i położyła je sobie, jak poduszkę pod głowę.
Przyszło jej na myśl to słowo: — włosiennica... Włosiennica!
Ach, spróbować! Zacząć! W tajemnicy przed wszystkimi. Mama spostrzeże... No, mamę można przypuścić do sekretu. A więcej nikt... Tatkę by można, ale to papla... Jeszczeby wygadał Horstowi... Do czego też dojść można, ujarzmiwszy włosiennicą ciało... Źródełko świętej pokory... Wówczas to — boska radości! — miała przez chwileczkę w powiekach widzenie niejakie postaci. Twarz biała, oczy zagasłe, kwef śnieżysty... Podszepnęła sobie samej wśród tumultu myśli, wśród rozruchu uczuć: święta Tereso, pójdę za tobą... Ty-żeś to, ty? Święta Katarzyno, co koło swojej męki i miecz katowski, symbole swego męczeństwa, niesiesz — ty-żeś to, ty? Pójdę za tobą... Niepokalaną duszę Nieśmiertelnemu Oblubieńcowi zachowam... Wdzieję włosiennicę i będę się biczowała codzień wieczorem.
Znikło widzenie.
Miała przed oczyma niebo. Teraz je dopiero spostrzegła i zawołała na nie z głębin otchłani duszy: