Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/326

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cił. Cóż mogło wyrazić straszliwą prawdę tego pewnika? Nasuwało się proste pytanie: czy można żyć jeszcze, jeszcze dalej? I, jak powtórny brzask morskiej latarni, świetlała odpowiedź, że trzeba — albo przestać żyć, — albo spodleć i ohydnie pogodzić walkę wewnętrzną ze sprawami życia. Należy wybrać. Ale cóż wybrać? Kochać i tęsknić, — marzyć, żeby przyszła znowu chwila rozkoszy cielesnej, żeby wszystkie inne na szereg lat zatłukła swoim ogromem?
Nowy błysk myśli, co zda się, na morzu wyrósł i, przebiegłszy otchłań ciemności, przeszywał wskróś duszę, błysk nowy, bezlitosny w swej nagości: któż to jest Łukasz?
Wszakże Łukasz jest to mężczyzna, jak tysiące tysięcy innych na świecie. Kochał dawniej inne kobiety i podeptał je, odchodząc w swoją stronę. Kochał żonę i, odchodząc, podeptał ją na miazgę. Ten, którego tak uwielbiała! Dla którego poświęciła wszystko — został w pamięci z całą okropnością męskiego pożądania. Ponad duszę, ponad najlepszą część ludzkiego jestestwa zapragnął bardziej rozkoszy cielesnej. Nie pytał się, czy połamie ciało, czy zdepce duszę. Jego żądza zmysłowa była ponad wszystko.
Znów, nowy, senny, daleki znak z czarnego morza: — a ty sama, a ty?
Ja jestem, — wyznawała, — tak samo grzeszna, jak on. Wszakże nie dosyćby było ujrzeć jego twarz, jedyną na ziemi. Wszakże nie dosyćby było utonąć w ukochanych oczach. Zawrzeć ustami rozpalone usta... Wszakże tli się w piersiach nieugaszone pragnienie wieczyście nowego grzechu z nim!