Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/284

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wszystkie wahania połknęła nagła ciekawość: jaka też ona jest? Byłaby ostatnią gęsią, gdyby jej powiedziała wszystko o sobie. Poco? — Przypatrzmy się jej, przypatrzmy tej towarzyszce w czekaniu na Łukasza Niepołomskiego. Pośmieje się z niej wewnętrznie, odniesie tryumf, że ona to jej wydarła męża, i pójdzie z powrotem do domu.
— Otwórz, siostro, — wyszeptała ze śmiechem, opierając czoło na przybitym do drzwi bilecie wizytowym Róży Niepołomskiej. Podniosła ociężałą rękę. Zadzwoniła.
Dały się słyszeć kroki. Drzwi otwarto. Weszła. W ciemnym korytarzu stała jakaś osoba. — Trudno ją było tam rozpoznać.
— Czy mam przed sobą panią Różę Niepołomską? — spytała Ewa.
— Tak jest. Czego sobie pani życzy?
— Chciałam prosić o chwilę rozmowy.
— Proszę uprzejmie.
Ewa weszła do dużego pokoju z alkową. — Okno wychodziło na ogrody. Było widno, jasno w tem mieszkaniu.
Ewa odwróciła się czemprędzej, żeby zobaczyć osobę idącą za nią. Przez chwilę nie panowała nad gwałtownością swego wzroku. Stała przed nią kobieta jeszcze młoda i dosyć ładna.
Była to szczupła, (nieco za szczupła), szatynka z rysami nadzwyczaj regularnymi, które jednak wkraczały w granice zbytniej ostrości. Wszystko w tej twarzy było prawidłowe, narysowane prostemi niejako liniami. Bardzo piękne, mądre, szerokie czoło mięko