Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/280

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sekretnych marzeniach o tem, że teraz jest jeszcze to samo, czego już w rzeczywistości zupełnie niema. Ach jakże łkał wówczas w samotnem sercu natarczywy widok ruchliwego miasta! Olbrzymie domy i olbrzymie kramy, zgiełk bez ustanku i wieczny pęd naprzód, a ona jedna jedyna stoi w środku bezmiernego wiru, nie mogąc ani iść naprzód, ani tam wrócić, skąd wyszła. Dookoła biedni ludzie, wciąż w popłochu, całemi gromadami oddani drgawkom pracy, wieczyście osaczeni manią prześladowczą, okropnem a nieśmiertelnem widziadłem głodu i chorób, — ludzie ubodzy, zawsze i wszędzie posępni, groźni nawet wówczas, kiedy hulają, jeżeli nie sami przez się, to przez obraz i sposób swojej hulanki... Miasto nocne było, jak jej dusza, pełna lęku, rozterki, o której nie wiadomo nic, poco jest i jaki ma cel. Najboleśniejsza z trosk, że cierpienie i rozterka nie posiadają żadnego celu, że są same dla siebie, że cierpienie nie ma nigdzie nagrody... Wieczny a nieopisany smutek ludu i wieczny jego ferwor, jakby ferwor głupiej maszyny stalowej... Nigdy nie dający się zapełnić ogromem pracy ogrom potrzeb... Owo wiekuiście to samo życie nędzarzy... Straszliwe głupstwo takiego życia... Ohydna, brzydota prac i brzydota lic ludzkich, skażonych w pracy bydlęcej... W tych tłumach spostrzegała teraz siebie. Jedną z tłumu... Skoro samotna szła ulicami, doświadczała uczucia, którego nie można słowami wyrazić. Czuła, gdyby tak powiedzieć, że jest przykuta do potwornego tłumu, a jest samą, lecz, że w niej, w niej jednej, jest to całe wielkie miasto. Czuła, gdyby tak powiedzieć, że ona to jest z konieczności żywy głos niezmiernego zbiorowiska do-