Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/278

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dumanie, czy biedź do domu, czy biedź wprost nad Wisłę? Czemu nad Wisłę? Tam... Nad Wisłę...
W znużoną, bezsilną duszę spływała pociecha: — powiedzieć Łukaszowi... Tylko to jedno: powiedzieć mu wszystko, wszystko, jak było, — a potem wszystko już jedno! Ale umrzeć, ale zginąć, ale pójść do kryminału i nie powiedzieć mu wszystkiego, jak było, nie wyskarżyć całej duszy!... Na samą tę myśl ciało drżało i serce tłukło się z boleści.
Gdy wreszcie późna noc kończyła dobę przeżytą i Ewa opuszczała »budę«, Horst również zachęcał pieska do porzucenia zakładu. Na ulicy przyłączał się do powracającej i towarzyszył jej do domu. Z biegiem czasu przywykła do jego asysty. Nieraz była z niej zadowoloną. Gdy miasto ogarniała dżysta noc, gdy chodniki stały się lśniące od lepkiej wilgoci, a latarnie o spłoszonych i lękliwych płomykach, rada była, gdy obok niej szedł wierny towarzysz. Dawniej, przed rokiem, nie znosiła jego cynizmu, sposobu mówienia, jego osoby i towarzystwa. Teraz przeciwnie, — on to właśnie był dla niej przyjemny, jego sposób widzenia rzeczy poniekąd najrozumniejszy, a rodzaj zachowania się najbardziej naturalny i poprawny. Horst nigdy nie mówił do niej o swych uczuciach. W kawiarni darzył ją płomiennemi spojrzeniami, ale z pod oka, kiedy był pewny, że tego nie spostrzeże. Nigdy nie uścisnął jej ręki, kiedy razem wchodzili na ciemne schody i rozstawali się w ciemnym korytarzu, dążąc do swoich izdebek. Było jej przyjemnie, (o czem zresztą nigdy nie myślała), że on kocha ją wytrwale, a bez wynurzeń Nigdy w rozmowie ich, nie było wspomnień przeszłości,