Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/274

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tak jakże, chłopcy, zgadzacie się przeznaczyć owe sumy powiatowe na budowę szosy?
Okrzyk wszystkich sześciu gmin, jakby jednego człowieka:
— Nie chcewa! Nie chcewa! Nie chcewa!
Wypadek drugi.
Trzeba zdarzenia, że w pewnej dziurze, (Łomżyńskie), zjawiło się w tych fatalnych czasach grono czułostkowych inteligentów, zwane pogardliwie przez rdzenne miejscowe kołtuństwo »ochroniarzami«. Grono to ujrzało nagły a niewątpliwy ratunek na wszelkie »niedomagania« w bardzo powszechnej oświacie i z furyą, godną lepszej sprawy, postanowiło w wyżej wzmiankowanej dziurze własnemi siłami zbudować ochronę wzorową. Tkliwe indywidua tego grona wyimaginowały sobie, że potrafią wydobywać dzieci ze świętych, ale śmierdzących »ognisk« rodzinnych, z chałup — szkarlatynek i w swej fiksackiej ochronie zapomocą dokładnego, a ściśle naukowego freblo-patykowania umysłów urabiać przyszłych »obywateli« i tym podobnych członków«... Imaginujcież sobie, współbiesiadnicy, co się dzieje! W środku pól czterech poblizkich, graniczących wiosek, było gromadzkie pastwisko, wspólna własność »Wspólnota« — if you please »opole«... Jeden z najbardziej zaciekłych »ochroniarzy« zwołuje wieś, do której pastwisko należało, wygłasza płomienną i, (samo przez się), absolutnie niezrozumiałą oracyę z cytatami poetów, prozaików — i proponuje: — Obywatele! puście nam w wieczystą dzierżawę pół morgi waszego pastwiska w tem miejscu, gdzie będzie najbliżej do każdej z trzech wiosek.