Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


trzewiki, jasną marynarkę i mały, zielonkowaty kapelusz z piórem.
— Strój od Pool’a, od jedynego krawca na świecie, który człowieka ubiera... — Uśmiechnęła się Ewa do wspomnienia o Horście.
Zdziwienie jej nie miało granic: taki człowiek na tem podwórzu! Bywali tam tylko mniejsi i więksi starozakonni handlarze, sołdaci i służące. Tymczasem młody człowiek, spostrzegłszy Ewę w oknie, przyjrzał się jej z uwagą i do jej właśnie drzwi skierował kroki. Usłyszała wkrótce jego stąpanie. Zmieszała się i nie mogła zatamować bicia serca, pomimo, że rozum mówił wyraźnie o jakiejś chwilowej pomyłce. Dało się słyszeć pukanie, drzwi się uchyliły i nieznajomy, nie zdejmując kapelusza, wszedł do stancyjki.
Gdy uchylił wreszcie kapelusza, Ewa mimowoli spostrzegła, że jest bardzo ładny. To ją jeszcze bardziej zawstydziło.
— Przepraszam... — mówił spokojnie wykwintny pan, — czy nie tutaj mieszka panna Ewa Pobratyńska?
— Tak... mieszka...
— To pani?
— Ja... — mówiła Ewa, stojąc bezradnie i zwijając w palcach jakiś strzępek.
— Proszę pani... Przychodzę tutaj z polecenia pana Łukasza Niepołomskiego.
— Łukasz! — krzyknęła, zapominając o wszystkiem. Oczy jej spłonęły od płomienistych łez, usta owiał uśmiech. Serce porwało się i nagle ścichło, jak przecięte mieczem. Złożone ręce przycisnęły je i zdawały się błogosławić przychodnia, dobrego zwiastuna.