Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ewo... — wyszeptał. — Pocoś to powiedziała?
I wokoło niego stał teraz milczący las, jakby zapalony ogniem międzynarodowym. Ziemia dygotała. Chwiały się w oczach pagórki i mieniły niknące w nocy doliny.
Martwe przedmioty na mgnienie źrenicy otrzymały twarze przedziwne, wyrazy niesłychane. W ogniu, bijącym zewsząd, Łukasz posłyszał w sobie postanowienie...
— Dziś... — wyszeptał, patrząc w ziemię.
Gdy podniósł oczy, zobaczył, że Ewa ma ręce na piersiach zaciśnięte i załamane. W twarzy uśmiech bladej boleści, szczęście pokory. Oczy bez spojrzenia, usta zaklęte w milczenie od jego woli. Po bujnych włosach, które wiatr przerażenia wzburzył szła teraz gładząca ręka doli. — Usiadł bezwładnie na obmarzniętym odziemku powalonego drzewa. Ewa stała obok, bezsilna i spokojna. Czuła pewność siebie i jakiś rodzaj zadowolenia z tego powodu, że już nie leży na niej ciężar »wstydliwości«. Marzyła jak we śnie zapomocą dwu wyrazów: dość wyrzeczeń! Łukasz ujął jej rękę i przyciągnął do siebie. Siadła przy nim niewygodnie, z uczuciem, że to jakieś nieestetyczne, — oparła głowę, (bez uniesienia), na jego ramieniu.
Czuła policzkiem zimno osędziałego futra na kołnierzu i oddalone gorąco ust. Z coraz bardziej niepohamowaną ciekawością czekała na śmiałe pieszczoty, których za chwilę miała doświadczyć. — Wargi jej ust stawały się ponsowe, napęczniałe od płomienistej krwi. Zdawało się, że te usta nie mogą się już domknąć i zacisnąć, jak zawsze, jak dawniej. Ręce, ramiona,