Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dlaczegóż ty zamierzasz zawrzeć związek ze mną? — spytała wreszcie blada i pomieszana.
— Bo cię kocham nad życie swoje! Ty zresztą... Ty już nie jesteś taką! W tobie jest już męstwo człowieka i siła człowieka. Ciebie mąż nie potrzebowałby zamykać w haremie, ani okrywać gałganami. Mogłabyś kąpać się wobec tłumu mężczyzn i pozostać dziewicą, albo... być wierna jednemu, któregoś wspaniałomyślnie, według duszy swej wybrała.
Szept jego stał się zduszony od uniesienia:
— Ty jesteś Psyche, dusza najzupełniej wyzwolona...
— Nikt nie wie, czem ja jestem!
— »Ludzie, woła natura, którzy wskutek danej wam przeze mnie podniety, dążycie do szczęścia przez cały czas waszego istnienia, nie opierajcie się mojemu najwyższemu prawu: pracujcie na szczęśliwość...«
— Czyjeż to są te znowu cyniczne słowa? spytała surowo.
— Znowu Holbacha. A zresztą... słowa wujaszka Epikura. Mądrość potępiona przez wszystkie ciocie...
Zapanowało dziwne milczenie. Wieczór już spadał. Świerki otaczającego lasu stały tajemnicze, zasute śniegiem, w objęciach mrozu.
— Gdzie jest szczęście? — rzekła nagle i spojrzała Łukaszowi prosto w oczy.
On milczał.
— Czy... to... jest szczęście — powtórzyła, drżąc na całem ciele.
Zdało jej się, że dookoła ziemia drży i kołysze się w dymach.