Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Spojrzała zdumiona. To było tak dalekie od jej uczuć! Jakby potrącił! Łukasz nie patrzał na nią, lecz w ziemię, na śnieg iskrzący się od wieczornego mrozu. Miał policzki zabarwione. Broda, dłuższa po chorobie, czyniła go pięknym, jakby nieznanym, jakby innym, odmiennym. Tak był piękny i niezwykły, jak wszystko dokoła. Z trwogą rozwierały się oczy, żeby go widzieć dosyta. Nie, on jeden nie jest cieniem prześlicznym! On jeden jest wieczny!
— Kochała go wiernie, tego czarnego dyabła... — rzekła zcicha, rysując lekką laseczką, którą miała w ręku, długie kresy na puchach śniegowych.
Kiedy tak stali przez chwilę i on nie patrzył, przyszła Ewie chętka powiedzenia mu, że go kocha... jak Desdemona. Wywinęła się słabostka, żeby mu powiedzieć o owej odmienności jego wyrazu twarzy. Podniósł oczy, jakby przeczuwając... Zobaczyła brwi zmarszczone i ów znany, bolesny uśmiech.
— »Zachować siebie, zostać szczęśliwym — oto instynkt, oto prawo, oto obowiązek...« — mówił z głębokim namysłem, głosem metalowym, do siebie.
— Cóż to znowu za cynizm, za egoizm, mój panie?
— To zdanie mądrego Holbacha, człowieka silnej rasy, tej rasy, co to potrafiła ruszyć z posad bryłę świata. Nie na naszą miarę te słowa.
— Zdaje mi się, że i dziś jeszcze dużo nabrałoby się takich siłaczów. »Zachować siebie, zostać szczęśliwym...«
— Doprawdy.
— Myślę.