Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Doskonale! Bierz ten numer, zamawiaj! Tylko prędko! Ja tu cierpliwie poczekam.
Znikł w bramie hotelowej. W chwili jego nieobecności, wbita w kąt powozu, myślała:
— Prawda, że to ja z nim... w hotelu... A niech wiedzą, niech wiedzą! Niech się nacieszą!
Zacisnęła pięść i biła w próżnię, jak w paszczę wroga. Za chwilę Łukasz wrócił. Wręczył dorożkarzowi należność, Ewie podał ramię i szybko, co tchu, wprowadził ją w bramę i na schody. Idąc po marmurowych stopniach, wysłanych ponsowym dywanem, mówił:
— Zamelduję cię, jako swoją żonę...
— Tak, tak zamelduj!...
— Mam przecie pasport, opiewający, że posiadam żonę. Nawet i ten przeklęty pasport na coś się przydał.
Zaśmieli się w głos obydwoje. Ewa szła, jak we śnie. Śmiała się w weselu duszy, idąc cichym korytarzem rozkoszy. Otworzył jakieś drzwi. Byli sami. Wszedł służący i zabrał pasport. Jakieś dalekie, stłumione odgłosy. Huk miasta przyciszony, miły, senny. W niedalekiej rynnie plusk deszczu miły, senny. Wszystko to, jakoby przecudowna uroczystość. Dom ten, — to niedostępna świątynia. Jakie tu wszystko mądre i doskonałe! Są tu sami... Usiadła w aksamitnym fotelu. Blask świecy padał na twarz Łukasza. Ujrzała jego oblicze nie swoim własnym wzrokiem, lecz wzrokiem miłości. Wąsy, mała broda. Włosy z boku rozczesane... Twarz schudzona i poczerniała. Oczy dziwnie otwarte, głębokie, pełne tajemniczej niepewności. To Łukasz! Ten żywy człowiek, to już nie sen, nie marzenie, nie tęsknota, lecz Łukasz I Cóż za przedziwne uczucie, jakie