Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


uprzytomnić ani przypomnieć. Wiedziała tylko o błogosławionej rozkoszy, która była w nim od początku do końca.
Aż oto dotknęło ją nieubłaganą ręką przebudzenie.
Siadła w kuchni na posłaniu i chciała dłonią powstrzymać łoskot serca. Jeszcze nic nie wiedziała... Pierwsza myśl wionęła ku niej z ciemności, jak czyjś czarny szept:
— Łukasza niema!
Objęła ją rzeczywistość rozpaczy obiema rękami za rozpuszczone sploty włosów. Zanurzyła w nie mgliste, chude, koślawe palce. O, któż opowie o wybuchu, powstającym znikąd, z dna serca! Podniósł się niepowstrzymany, niezapomniany niczem, na obraz drżenia, co wstrząsa skorupę ziemi przed wylewem wulkanu.
Ewa trzęsła się w potach, błagając, żeby tylko aby ten wybuch przeszedł szczęśliwie, przeminął i ustał.
Przechodził. Po nim westchnienie spadało na piersi, — ni to kamień rzucony z za płotu przez niewidzialną rękę mściciela. Śniła się krótka chwila pociechy, pociechy błękitnej, jak niebiosa między śniadością obłoków.
Ale, jak niknie jasne niebo wśród nawałnicy, tak nicestwiała w obumarłem sercu pociecha. Coś niepochwytnie szelestne, idące z za ramion, zdawało się szeptać, wpół śpiewać na nutę współczującą, nie wiedzieć jaką, a okrutną, jak ciosy rzemienia:
— Nie — nie — nie!
Głowa opadła na ręce i leciała ku ziemi, jak głaz z wysoka rzucony wzgardliwą ręką. Poczucie wzgardy