Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mówił wciąż tonem niezwykłym. Twarz miał zmalałą do wielkości ściśniętego kułaka, pomarszczoną i pełną arcyśmiesznej grozy.
— Już tam ojciec, oczywiście, »wisi na włosku«, już tam pewnie pod ojcem »doły kopią«.
— Milcz! Moja rzecz... Kopią doły, czy nie kopią, — moja rzecz. A ty milcz!
— Tylko patrzeć rychło przyjdzie wylany, tylko patrzeć... — mówiła matka, zwracając się jedynie do Anieli, jakby tylko ta Aniela była w pokoju, a obok niej nie było nikogo.
— Ale będzie pretekst... — perorowała tamta z bystrością i logiką. — To dlatego, że się Niepołomski wyprowadził... »Jedno słówko Niepołomskiego i Kraft«...
Stary pan jadł suchą, przedobiednią kromkę chleba, obojętnie i systematycznie. Przełknąwszy piąty, czy szósty kęsek, rzekł wyniośle:
— Wtedy dopiero będzie wiadomo, co się wykonało. Ale wtedy dopiero, gdy już będzie zapóźno. Wtedy dopiero nadejdzie żal, lamenty, awantury i inne opery.
— Cóż to wszystko ma znaczyć, filozofie z pod Bachusa? Co to ma znaczyć? — zaczęła nastawać matka, odkładając na bok wszelkie względy i zabierając się do ataku.
— Powiedziałem!
— Powiedz wyraźnie! Wyraźnie, niech wszyscy słyszą!
— Powiedziałem wyraźnie. Proszę o zupę. Nie mam czasu na interwiewy. Biuro nie czeka...
Wniesiono zupę. Ewa nalała sobie talerz i szybko