Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy był tu z pożegnaniem?
— Był.
— Kiedy wyjechał?
— Dzisiaj.
— A dokąd?
— Nie wiem tego.
— Nie mówił mamie?
— Nie mówił.
— Cóż miał mamie mówić takie rzeczy? Co to kogo obchodzi, gdzie taki facet jedzie... — wtrąciła Aniela.
Teraz Ewa zwróciła się do niej z niespodziewanym dla samej siebie pociskiem słów.
— Wściekasz się, co? Gryzie cię widok, że ci już piersi obwisły, żeś już kwoka łażąca tam tylko, gdzie Władek każę, żeś już półklępie, baba, — a ja wciąż jeszcze ta sama! Smutne to rzeczywiście. Żal mi cię, kwoko. Już zębów nie można suszyć po całych dniach do każdego lokatora po kolei. Jak mąż spojrzy, ciareczki po plecach latają. Już piersi wystawiać na nic się zdało, oczami strzydz — to samo. Nikt już nie leci na takie wdzięki...
— Zwracam uwagę, — ozwał się nagle pan domu milczący zazwyczaj czasu trwania sytuacyi naprężonych, — zwracam uwagę... Jedno słowo Niepołomskiego i Kraft turnie mię w ciągu jednej godziny.
— Komuż ojciec zwraca uwagę? — spytała Aniela z bezczelnością osoby wyzwolonej, samoistnej, obcodomowej i moralnej.
— Zwracam uwagę tych wszystkich, komu na tem zależy, żebym miał miejsce tak krwawo zdobyte... —