Strona:PL Stefan Żeromski - Duma o hetmanie.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

radosny banita, nowy do cna patrzeć, na blask oleśnickich stawów, na fale co się gonią po wczesnych żytach, słuchać pokrzyku czajek nad mokremi łąkami...
A wyście na moją straszliwą skruchę i na przedziwną moją chwilę łaską polską nie wejrzeli.
Wyście mnie wskrzeszonego na duchu nie wypuścili na świat, lecz trzymali w izbie straszliwej.
Wywlekliście mię, — bracia, — na pniak, gdym był oczyszczon, we łzach, żywot rodzących, skąpany.
O, katowie!
Słudzy «prawa» — gdy byłem obmyty z samego siebie i hyzopem pokropiony, a gotów w ciało swe przyjąć czyn niezmierzony, trud straszliwy odkupienia.
Poznałem wtedy, kto wy jesteście!
Wonczas to nowy gniew, gniew wyższy, iście szatański we mnie się wzniecił, spłonął, rozpętał.
Tyś go zażegł!
Ty!
Nie król, dla którego byłem kąsającym psem, zgładzenia jeno godnym.
Nie kanclerz, szkolarz padewski, smołę chudopacholską pochlebnem słowem rozgrzewający, żeby się za nim naokół wlekła, któremu zawadzałem w jego podróży do śpichlerza dostojeństw.
Lecz ty, boś przysięgłem sercem czynił, i w cnotę swego postępku bez żadnej wierzył rachuby.
W oblicze moje wtedy, gdy tamten z kościoła wyszedł i ze złożonemi biegł dłońmi, strwożony, czy mu przebaczę, — tyś spokojnie, zimno patrzał.
A nie zobaczyłeś nic.
Szat moich oczyma dotknąłeś.