Strona:PL Stanisław Wyspiański-Klątwa.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


CHÓR.

Jak szarpie się, jak krzyczy w głos,
trzymajcie go pod ręce.

KSIĄDZ.

Ja człowiek, ojciec nieszczęśny
zaparłem się mojej krwie,
dzieci mi giną w męce!
Jam wydał me dzieci
na ognie, na stos!
Rozpacz wnętrzności rwie!
Los! — Los! — Los!!
Czemże mi była moja Wiara,
Sen, Sen, przesądny Czar!
Piekło i Niebo leci w gruz,
zapada się w otchłanie. —
O Panie! Ty ponad odmętem,
co sądzisz niezbłaganie,
jakichżem godzien inszych kar,
jak te, co patrzę na nie!...

CHÓR.

Co to błyska wśród krzaków?
Co to hań drogą leci?
Jak skrami żagiew ciska!
Iskrzącą zamieć nieci!
To ona pędzi Szalenica,
jak opętańce,
jakie ożogiem tnie błyskańce,
jak chłopom się opędza, —
tu leci — ! —

KSIĄDZ.

O nędza, doli mojej nędza,
o nędza — precz — to ona! — !