Strona:PL Stanisław Wyspiański-Klątwa.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


PAROBEK.

O Jezu! — Co, co? — co?
Czego wy chcecie, — tam spaleńce!

KSIĄDZ.

Tam ..
(Chce biedz).

PAROBEK.

(Leżąc na ziemi, chwyta go za suknie).
Nie chodźcie — tam — nie! —
Wy nie! —
W ogniach się wiją potępieńce,
wichrzysko z dymem hula!
Ona! — O Jezu!! —
Dzieci w piecysko powrzucała
i drze sie, wrzescy oszalała,
a biała na niej koszula
i chusty i spódnica biała,
w łachmany poozdzierane.
..............
Po polu — lata — jak Strzyga
... a żagiew z drew wyrwała,
to ją gonią hań chłopy,
a bo się odgrażała,
że spali wieś
i prosto haw na szopy
mierzała...

SOŁTYS.

Chwyćcie ją — żywo.

PAROBEK.

Dyć ją gnają, —
toci tak leci, jak skrzydlata,
trza jej zajść drogę ztąd tu.