Strona:PL Stanisław Wyspiański-Klątwa.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


(Wpada zadyszany dzwonnik, rozradowany, wbiegł od strony kościoła i wciąż rękami pokazuje po za siebie, w stronę ugoru, ku wałowi;
Ponad linią grzbietu garbnego, ponad wał, unosi się czarny gęsty słup dymu).

DZWONNIK.

Stos gore, prose Jegomości!

KSIĄDZ.

Ach! a! gore!!

DZWONNIK.

Stąd widać, hajnok po nad strzechą,
nad kalenicą, ponad wiechą,
prościutko idzie w niebo.

KSIĄDZ.

Co prędzej ze mną tam!
wszyscy!

DZWONNIK.

O Jegomościu! cóż to? bez co?
a niech się pali, co wam szkodzi
te trocha płodu.

KSIĄDZ.

Zmilknij stary!

DZWONNIK.

Dym idzie prosty, jak z ofiary
Ablowej, jak to w piśmie stoi, —
cóż szkodzi — czegóż tak się boi
Jegomość — że się trocha dymu
uniesie w niebo.